Kategorie: Wszystkie | Gazet.afc | Inne
RSS
niedziela, 21 czerwca 2009
The Shame of Arsenal

Wszyscy pamiętamy sukcesy naszego klubu (przynajmniej te najważniejsze). Co bardziej zagorzali kibice, nawet jeśli nie było ich wtedy na świecie, wyrwani ze snu, o 3 w nocy, potrafią wyrecytować nazwiska wszystkich zawodników z pamiętnego finału z Liverpoolem w 1971 roku. Pamiętają, ile razy i w których latach zdobywaliśmy mistrzostwo czy też Puchar Anglii. Gorzej jest, kiedy chodzi o nasze klęski, niepowodzenia. Ile razy przegraliśmy w finale Pucharu Anglii? Ile razy przegraliśmy w finale Pucharu Ligii? Z własnego doświadczenia wiem, że ta wiedza często umyka. Dlatego też postanowiłem napisać dziś kilka słów o meczu, który przegraliśmy. O meczu, po którym Dasmond Hackett zatytułował swój artykuł dla Daily Exprees słowami „The Shame of Arsenal”.

Słowo „shame” przetłumaczone na język polski oznacza: wstyd, hańbę, albo też kompromitację. W połączeniu z Arsenalem spotykamy je bardzo rzadko. Co też takiego się stało, że 17 III 1969 roku Hackett użył takich mocnych słów pod adresem Arsenalu? Śpieszę wyjaśnić. Otóż dwa dni wcześniej Arsenal przegrał w finale Pucharu Ligii ze Swindon, drużyną występującą wtedy w trzeciej lidze!!! Dla ówczesnych kibiców było to traumatyczne przeżycie, bo czekali na jakikolwiek tytuł od 16 lat. Od zdobycia mistrzostwa w 1953 roku Arsenal nie wygrał niczego. Co prawda, rok wcześniej Kanonierzy także grali w finale Pucharu Ligii i też przegrali, ale wtedy rywalem był Leeds ze słynnym Jackie Charltonem w składzie. W 1969 roku faworyt w finale był tylko jeden: Arsenal.

Gdyby na boisku grały pieniądze, mecz dla naszej drużyny wygrałby w pojedynkę Bobby Gould, który kosztował Arsenal w lutym 1968 roku 90 000 funtów. Był wart o 10 000 funtów więcej niż cała drużyna Swindon. Zapowiadał się klasyczny pojedynek Dawida z Goliatem.

Spotkanie rozgrywane było w koszmarnych warunkach. Tydzień przed finałem, z Wembley uczyniono hipodrom. Konie zryły murawę niemiłosiernie. Jakby tego było mało, 12 marca odbył się tam mecz towarzyski Anglia- Francja. Dzieło zniszczenia zakończył padający w piątek (dzień przed meczem) ulewny deszcz. To, na czym przyszło grać piłkarzom, trudno było nazwać murawą. Honorowym gościem na meczu była księżniczka Małgorzata.

Składy obu drużyn:

Arsenal: Wilson, Storey, McNab, McLintock, Ure, Simpson (Graham, 71 minutes), Radford, Sammels, Court, Gould, Armstrong

Swindon: Downsborough, Thomas, Trollope, Butler, Burrows, Harland, Heath, Smart, Smith (Penman, 77 minutes), Noble, Rogers

Nieszczęście Arsenalu zaczyna się w 34 minucie za sprawą Iana Ure. Jego fatalne zagranie do Boba Wilsona kosztuje nas pierwszą bramkę. Przez większość meczu Arsenal jest groźniejszy, ale mecz życia w bramce Swindon rozgrywa Peter Downsborough. Los bywa jednak złośliwy, bo właśnie dzięki niemu, na 4 minuty przed końcem, Bobby Goud strzela wyrównującego gola. Po chwili słychać końcowy gwizdek i mamy dogrywkę. W przerwie meczu, nasz menadżer Don Howe, sugeruje arbitrowi by ten przerwał mecz ze względu na fatalny stan boiska, ale Bill Handley nakazuje grać dalej.

Howe wiedział, co robi. Kilka dni wcześniej w Arsenalu szalała epidemia grypy, która zmogła ośmiu piłkarzy. Kilku z nich wciąż odczuwało skutki choroby i po prostu słaniało się na nogach. Wtedy można było w trakcie meczu dokonać tylko jednej zmiany. Nie dziwi więc fakt, że dogrywkę zdominowali gracze Swindon. Bramkę, na 2:1 Arsenal stracił w 104. minucie. Po rzucie rożnym, w zamieszaniu pod bramką Arsenalu, przytomnością umysłu wykazał się Don Rogers. Drugą bramkę Swindon mógł zdobyć minutę wcześniej, ale fantastycznym refleksem, po strzale głową Rogera Smarta, wykazał się Bob Wilson. Po stracie bramki Arsenal rzucił się do ataku i niestety, nadział się na kontrę. Sam na sam z Wilsonem wychodził Rogers. Na pełnym biegu minął bramkarza Arsenalu i strzelił pewnie do pustej bramki. Była to 109. minuta meczu. Sensacja stała się faktem. Arsenal został pokonany przez drużynę z trzeciej ligi. Jak do tego doszło możecie zobaczyć sami.

Kilka miesięcy temu, w Swindon, obchodzono uroczyście 40 rocznicę tych wydarzeń. Pokonanie Arsenalu w finale Pucharu Ligi to największy sukces Swindon Town w prawie 130 letniej historii klubu. Na uroczystości te zaproszono, między innymi bramkarza Arsenalu Boba Wilsona.

Porażka w tamtym meczu była bardzo bolesna. Była też wspaniałą lekcją. Lekcją, z której piłkarze wyciągnęli wnioski. Nauka nie poszła w las. W następnym sezonie, w niewiele zmienionym składzie wygraliśmy Puchar Miast Targowych, a w kolejnym sezonie, zdobyliśmy mistrzostwo Anglii i Puchar Anglii.

Ale tym napiszę przy innej okazji...

09:44, highbury1913 , Inne
Link Komentarze (6) »
niedziela, 14 czerwca 2009
There's only one Gary Lewin

Jest dobrze. Mamy 14 dzień czerwca, a jeszcze nikt z naszych zawodników nie zmienił klubu. W analogicznym okresie ubiegłego roku nie było już w naszych szeregach Flaminiego i Hleba. Można śmiało powiedzieć, że jest postęp. Nie mam nic przeciw temu, aby tak zostało do końca okienka transferowego. Prawdę powiedziawszy staram się nie przywiązywać „emocjonalnie” do poszczególnych piłkarzy. Coraz wyraźniej do mnie dociera fakt, że Arsenal jest dla nich tylko miejscem pracy. Mogą sobie po strzelonej bramce całować herb ile wlezie, mogą w wywiadach zarzekać się, że kochają klub czy tez kibiców. Ja już im nie uwierzę. W następnym sezonie będą całować inny herb i będą kochać innych kibiców. Dlatego kiedy odchodzili: Flamini, Hleb, przyjąłem to spokojnie. Takich grajków przewinęło się przez mój klub wielu i pewnie jeszcze więcej się przewinie. Dużo bardziej zasmuciła mnie wiadomość o odejściu naszego „medyka” Gary'ego Lewina.

W przeciwieństwie do nich, Lewin jest dla Arsenalu postacią legendarną. Podczas gdy kibice innych zespołów nie wiedzą jak nazywa się lekarz w ich zespole, na Highbury, a później na Emirates, słychać było pieśń „There's only one Gary Lewin”. Do Arsenalu trafił w wieku lat 16. w 1980 roku. Już wtedy miał na dłoniach rękawiczki. Nie były to te z cieniutkiej gumy, z którymi jest kojarzony dziś, a rękawice bramkarskie. Bowiem młody Gary Lewin chciał być bramkarzem. Jak mu to wychodziło, można zobaczyć na filmie, na który niedawno natrafiłem. Turniej halowy w formule „5 a side” (piątek piłkarskich) z 1983 roku. Półfinał Arsenal – Millwal. U boku Lewina grał Martin Hayes, późniejszy mistrz z 1989 roku, który rozegrał w pierwszej drużynie ponad 100 spotkań. W drużynie Millwall grał młodziutki Teddy Sherringham.

Lewin szkolił się w tym fachu kilka lat, ale nigdy nie przeszedł na zawodowstwo. Wybrał medycynę. Już w 1983 opiekował się młodzikami, a trzy lata później, świeżo upieczony menadżer Arsenalu, George Graham zaproponował mu stanowisko fizjoterapeuty w pierwszej drużynie. Miał wtedy 22 lata i był najmłodszym lekarzem w pierwszej lidze.

Pracował na tym stanowisku 22 lata. W tym czasie uratował kariery wielu piłkarzom. Już w swoim pierwszym meczu, z Nottingham Forest w 1986 roku musiał składać do kupy Charliego Nicolasa. O tym jak odpowiedzialną rolę pełni medyk w drużynie świadczy najlepiej przypadek Eduardo. 23 lutego 2008 roku brutalny wślizg Martina Taylora z Birmingham, omal nie pozbawił Eduardo nogi. To, że możemy w dalszym ciągu cieszyć się jego grą zawdzięczamy głównie Lewinowi. Kiedy Eduardo w szoku zwijał się na murawie, Gary natychmiast wezwał z ławki rezerwowych Gilberto. Potrzebny był tłumacz. Eduardo zna słabo angielski, a będąc w szoku, bredził w ojczystym języku. Potem podał mu gaz rozweselający i wziął się za unieruchamianie nogi w specjalnej szynie, nie zapominając o podaniu wszystkich potrzebnych leków osłonowych, przeciwzapalnych. Kilka prostych na pozór czynności, a uratowały Eduardo nogę. A przecież niewiele brakowało, a doszłoby do tragedii takiej jak np. tej w Kvitfjell.

Kilka dni później, podczas supergiganta w Kvitfjell, groźnemu wypadkowi uległ austriacki alpejczyk Matthias Lanzinger. Lanzinger stracił równowagę po jednym ze skoków, uderzył z całej siły w bramkę, a następnie nieprzytomny ześlizgnął się w dół aż do siatek ochronnych. Narciarz złamał kości piszczelową i strzałkową. Norweskie służby medyczne nie były odpowiednio przygotowane. Lanzinger trafił na stół operacyjny dopiero 6 godzin po wypadku. Trzeba było amputować nogę.

Gdy nastąpią komplikacje naczyniowe, każda sekunda się liczy - mówił z żalem dziennikowi "Kronen Zeitung" trener narciarza Juergen Kriechbaum.

Wie coś na ten temat również John Terry. W meczu finałowym Curling Cup w 2005 roku omal nie doszło do tragedii. Nieprzytomny Terry połknął język i prawie się udusił. Błyskawiczna reakcja Lewina uratowała mu życie. Zobaczcie sami.

„Thank you for saving my life” (dziękuję ci za uratowanie mi życia). Te słowa wypowiedział Terry do Lewina zaraz po meczu i nie ma w nich żadnej przesady.

Od 1996 zaczął współpracować z reprezentacją Anglii „na pół etatu”, a od zeszłego roku już w pełnym wymiarze czasu, co uniemożliwiało dalszą pracę w Arsenalu. Był to drugi w historii klubu przypadek, gdy nasz medyk współpracował z reprezentacją narodową. Pierwszym, na przełomie lat 70/80, był Fred Street. Kiedy odchodzi z klubu osoba związana z nim prawie od dziecka, robi mi się smutno i mimo że minął od tej chwili prawie rok, to do Colina Lewina, jego następcy na stanowisku fizjoterapety, nie mogę się przyzwyczaić.

09:02, highbury1913 , Inne
Link Komentarze (5) »
niedziela, 07 czerwca 2009
Siódmy raz Arsenalu

Okres przejściowy, tak nazywam czas między ostatnim meczem sezonu a pierwszym spotkaniem następnego, jest idealnym momentem by napisać kilka słów o wydarzeniach z historii Arsenalu w czasie bardzo odległych. Bo jak nie teraz, to kiedy? W trakcie sezonu? Kto by chciał czytać o wydarzeniach z przed 50 lat, jak za moment kolejny ważny mecz? Pewnie niewielu. Teraz jest trochę więcej czasu, szczególnie dla osób, które nie lubią plotek (ci nie będą się nudzić do września) i mają serdecznie dosyć najróżniejszych spekulacji na temat transferów. Teraz mam, mam taką cichą nadzieję, może kogoś to zainteresuje.

Kiedy dwa tygodnie temu pisałem o wydarzeniach z Anfield '89 nie wiedziałem że nie był to pierwszy przypadek, kiedy to o mistrzostwie dla Arsenalu decydowała różnica bramek. Podobna sytuacja miała miejsce w sezonie 1952/53, kiedy Arsenal wywalczył swój 7 mistrzowski tytuł.Wtedy był to rekord. Żadna inna drużyna nie mogła pochwalić się takimi osiągnięciami. Poprawnie rzecz biorąc nie tyle była to różnica bramek, jaką znamy dziś, a średnia (liczbę zdobytych bramek dzieliło się przez liczbę straconych goli). Zasadę tą (goal average) zniesiono w lidze angielskiej od sezonu 1976/77 i bardzo dobrze, bo gdyby obowiązywała dalej, z mistrzostwa w 1989 cieszyłby się Liverpool a nie my.

Do sezonu 1952/53 przystępowaliśmy raczej w kiepskich nastrojach. Kibice rozpamiętywali porażkę w finale FA Cup z Newcastle. Kontuzje czołowych zawodników zdziesiątkowały skład. We wspomnianym finale poważnej kontuzji nabawił się Wally Barnes. Reg Lewis, bohater finału Pucharu Anglii z 1950 roku, także opuścił część sezonu, zresztą tak samo jak Freddie Cox, który zagrał w raptem 8 meczach. W kilku pierwszych spotkaniach Arsenal musiał sobie radzić bez Jimmiego Logie a na dodatek urazu nabawił się bramkarz Georgie Swindin, nasz późniejszy menadżer. Okazję do wykazania się dostał dzięki temu Jack Kelsey.

Tom Whittaker miał prawdziwy ból głowy podobnie jak 50 lat później Arsene Wenger.

Nic nie zapowiadało późniejszego sukcesu tym bardziej, że i początek rozgrywek nie był za ciekawy. Wygraliśmy co prawda pierwsze dwa mecze jeden z Aston Willą, drugi z Manchesterem Utd, ale później, w kolejnych sześciu spotkaniach, Arsenal zwyciężył tylko raz. Na szczęście wyzdrowiał Logie, a w kwietniu wróciła forma i Arsenal zaczął poważnie liczyć się w walce o mistrzostwo kraju. Naszym najgroźniejszym rywalem był Preston, który na dwie kolejki przed końcem tracił do Arsenalu dwa punkty. Odrobił je 25 kwietnia, pokonując Arsenal na swoim stadionie, Deepdale 2:0 po bramkach Finneya i Waymana. Tabela przed ostatnią kolejką przedstawiała się następująco:

Arsenal  41 meczów  52 pkt bramki 94- 63

Preston  41 meczów   52 pkt bramki 84-60

Warto wspomnieć, że koniec sezonu był dla Arsenalu bardzo pracowity. W kwietniu, w ciągu 22 dni, Kanonierzy musieli rozegrać 8 spotkań!!! Dawka mordercza i dziś taką intensywność spotkań ciężko sobie wyobrazić. Oto kalendarz:

3 IV  Chelsea

4  IV Liverpool  (to nie pomyłka, grali dzień po dniu)

6  IV Chelsea

11  IV Man City

15 IV Bolton

18 IV Stoke

22 IV Cardiff

25 IV Preston

Chciałbym zobaczyć minę Wengera, jakby mu przyszło grać jednego dnia z Chelsea a następnego z Liverpoolem. :)

Do rozegrania została ostatnia kolejka. Swój mecz Preston rozgrywa 29 IV i pokonuje na wyjeździe 1:0 Derby. Mecz Arsenalu z Burnley miał być rozegrany dwa dni później. Tabela mówiła sama za siebie. Trzeba było wygrać.

1 V 1953 roku na Highbury lało jak z cebra, jednak nikomu z ponad 51 000 ludzi to nie przeszkadzało. Zadanie teoretycznie proste po kilku minutach bardzo się skomplikowało, bo w 8 minucie Stephenson strzela gola dla Burnley. Odpowiedź Arsenalu była godna mistrza Anglii. 3 bramki w 10 minut strzelają Forbes, Lishman i Logie i wydaje się być po meczu. Niestety na 16 minut przed końcem Burnley strzela kontaktową bramkę i robi się 3:2. Końcówka bardzo nerwowa, ale bez bramek i Arsenal po raz 7 w swojej historii zostaje mistrzem Anglii.

Na następny tytuł mistrzowski kibice Arsenalu czekali 18 lat.

09:16, highbury1913 , Inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 maja 2009
Co piszczy w trawie

Po półfinałowym meczu FA Cup z Chelsea, Arsene Wenger miał wiele zastrzeżeń do jakości murawy na Wembley. Powiedział między innymi:

To zdecydowanie nieodpowiednia murawa na taki stadion. Na budowę wydano mnóstwo pieniędzy, lecz murawa pozostawia wiele do życzenia.

Zresztą o fatalnym stanie boiska mówił nie tylko on. Następnego dnia, po meczu z Evertonem, w podobnym tonie wypowiadał się Ferguson, a swego czasu trener australijskich rugbistów obwiniał murawę o kontuzje swoich dwóch zawodników i domagał się rekompensaty od angielskiej federacji.

To narzekanie Wengera nie wynikało z chęci usprawiedliwienia porażki (oczywistą sprawą jest, że obie drużyny miały te same warunki), ale z faktu, że na co dzień ma do czynienia z perfekcyjnie przygotowaną płytą boiska. Hiddink może sobie mówić, że w Afryce grał na gorszych boiskach, ale zapomniał, że mówimy tu o najdroższym stadionie świata, którego koszt budowy wyniósł 800 milionów funtów.

W czym tkwi sekret pięknej murawy Arsenalu? Jon Beattie, menadżer stadionu Emirates, odpowiedział:

Znaleźliśmy system, który wzmacnia naturalną trawę, zabezpiecza włókna i spełnia wysokie wymagania naszych graczy. Nazywa się Desso GrassMaster.

Nawet najlepszy system jest niczym bez ludzi, którzy za niego odpowiadają, a do tych Arsenal miał jak dotąd szczęście. Najbardziej znanym z nich jest wielokrotnie nagradzany Paul Burgess. Trafił do Arsenalu w 1996 roku, mając 18 lat. Przez cztery lata terminował przy boku innej legendy ogrodnictwa, Steve'a Braddocka, by w 2000 roku zastąpić go na stanowisku „naczelnego ogrodnika”. Wszyscy zastanawiali się czy murawa na Emirates będzie tak samo dobra jak ta z Highbury, ale Burgess wywiązał się z tego trudnego zadania znakomicie. Tytuł Premier League Groundsman of the Year za ubiegły sezon (trzeci w dorobku Paula) tylko to potwierdził.

Juande Ramos, były trener Tottenhamu, był do tego stopnia zachwycony naszą murawą, że kiedy trafił do Realu, namówił tamtejsze władze do sprowadzenia Paula Burgessa do Królewskich.

W lutym Burgess zdecydował się przyjąć ofertę Realu Madryt i teraz stara się z kartofliska na Santiago Bernabeu zrobić porządną murawę. Życzę mu wszystkiego najlepszego, a o naszą murawę jestem spokojny, bo wiem, że w dalszym ciągu jest w dobrych rękach.

Naszym nowym naczelnym ogrodnikiem został 30-letni Paul Ashcroft. Będąc młodym chłopakiem, próbował swoich sił jako piłkarz. Grał w młodzikach w Fc Blackpool, zaliczył kilka meczów w ramach rozgrywek Fa Youth Cup i w rezerwach, ale kariery nie zrobił. Pierwsze kroki jako ogrodnik, jeszcze w czasie trwania studiów, stawiał na starym Wembley, a po jego zamknięciu w 2000 roku trafił do Arsenalu, gdzie został prawą ręką Paula Burgessa. Po jego odejściu jest naczelnym ogrodnikiem, albo jak kto woli, głównym konserwatorem zieleni (head groundsman). W pielęgnacji murawy pomagać mu będą: Stuart Wilson, Mark Pettit i Reece Watson.

09:34, highbury1913 , Inne
Link Komentarze (3) »
piątek, 29 maja 2009
Polskie miasta Euro 2012

Padł ostateczny wybór polskich miast, które zorganizują Euro 2012. Jedni się cieszą, co oczywiste, drudzy nadal płaczą, ale czy mają ku temu powody? I czy te powody są zupełnie słuszne?

Kraków został puknięty w pupę bez wazeliny - tak przynajmniej twierdzi większa część jego mieszkańców. Niewykluczone, że Tusk z kolegami z góry wiedzieli o wszystkim - zresztą trudno było nie wiedzieć - i z tego powodu przenieśli część uroczystości 20 rocznicy 4 czerwca z Gdańska na Wawel. Dla pocieszenia użyli wazeliny. Napisałem, że trudno było nie wiedzieć, jaki będzie wybór. Oczywiście! Nie wiem, po co było mydlenie oczu opinii publicznej i mieszkańcom Krakowa oraz aglomeracji śląskiej. Trzy lata temu UEFA podpisała umowy z czterema polskimi miastami: Warszawą, Gdańskiem, Poznaniem i Wrocławiem. Kraków i Chorzów zostały ogłoszone miastami rezerwowymi. Oznaczało to, że jeśli któreś z tych czterech priorytetowych miast nie wywiąże się z umowy, harmonogramu przygotowań, wyznaczonych terminów, wówczas Kraków i Chorzów, w zależności od sytuacji, będą mogły starać się je zastąpić. Tak się nie stało. Cztery wybrane miasta od początku trzymały się ustalonych terminów i realizowały zaplanowane inwestycje. UEFA nie miała większych uwag i ostateczne potwierdzenie - tak, potwierdzenie - wyboru jest tego dowodem. Natomiast wspomniana umowa została podpisana za rządów egzotycznej koalicji, łojezusmariaoboże, PiS-LPR-Samoobrona i w zasadzie uczciwe będzie stwierdzenie, że Kraków i Chorzów mogą mieć pretensje przede wszystkim do siebie, iż wówczas nieco zaspały. Poza tym, co dotyczy Chorzowa, abstrahując od zaspania jego włodarzy, ktoś odpowiedzialny za promocję tej kandydatury popełnił błąd, że w walce o Euro skupiono się na reklamie samego stadionu z historią w Chorzowie, a zapomniano o wykorzystaniu atutu całej aglomeracji śląskiej. A Kraków? Wygląda na to, że Kraków dokonał na sobie samogwałtu, a rząd podrzucił mu wazelinę. Ale nic z tego, bo po (f)akcie.

Tak czy owak, poniekąd trudno mi jest się pogodzić z myślą, że Euro 2012 nie odbędzie się w Krakowie - pięknym, i jakże ważnym na polskiej mapie, mieście - niemniej należy wziąć pod uwagę fakt, że z powodu renomy, jaką słusznie cieszy się na świecie, i usytuowania na drodze pomiędzy polskimi oraz ukraińskimi organizatorami imprezy, Kraków w czasie Mistrzostw Europy i tak będzie gościł tłumy kibiców, nie tylko tych, którym nie będzie dane cieszyć się biletem na mecz swojej reprezentacji. Chorzów natomiast będzie miał najnowocześniejszy stadion z bieżnią w Polsce. Będzie więc miał największą płytę w Polsce i dużą pojemność. Dodając do tego renomę Stadionu Śląskiego oraz świetną lokalizację i ludność - aglomeracja plus dobre połączenie ze strategicznymi polskimi regionami - nie ma wątpliwości, że to tutaj będą się nadal odbywać największe koncerty i imprezy. Stadion w Chorzowie będzie żył długo i szczęśliwie. Pozostaje jeszcze druga strona medalu. Wiadomo, Warszawa jako stolica polski, musiała zostać wybrana. Tymczasem chyba dobrze się stało, że Gdańsk, Poznań i Wrocław dostaną szansę na większą promocję. Wszak Krakowa reklamować nie trzeba, a Chorzów organizował i będzie organizował jeszcze wiele imprez sportowych i rozrywkowych.

Skupmy się teraz na wybranych miastach i stadionach.

Zacznijmy od stolicy. Warszawski Stadion Narodowy został zaprojektowany przez konsorcjum polskich i niemieckich firm architektonicznych JSK Architekci, GMP i Schlaich. Ten 55-tysięczny obiekt wzniesiony będzie na warszawskiej Pradze, w miejscu Stadionu Dziesięciolecia. Budowa stadionu będzie kosztować około 1,25 mld złotych.

Jego konstrukcja oparta została na tzw. palach żwirowych i na betonowych słupach, tworzących bryłę stadionu. Powstały w ten sposób szkielet ma zostać pokryty ażurową blachą. Finalny efekt ma sprawić, że warszawski stadion przypominać będzie wiklinowy koszyk, przepleciony srebrną i miedzianoczerwoną wstążką. Całość przykryta zostanie białym, przeźroczystym dachem.

Sama lokalizacja stadionu wydaje się idealna - tuż przy Wiśle, centrum miasta, przy ważnych osiach komunikacyjnych. Do lotniska, jadąc samochodem mamy niecałe 12 kilometrów jazdy. Skądinąd niewielka odległość, biorąc pod uwagę skalę miasta. Zaś do dworca centralnego mamy prostą drogę - zaledwie 3 kilometry drogi. Obecnie z lotniska na stadion, gdy nie ma większych korków, przejedziemy w mniej więcej pół godziny, zaś z dworca niecałe 10 minut. No, właśnie - obecnie. Jak sytuacja będzie wyglądać w czasie Euro 2012? Ile czasu zajmie wówczas pokonanie tych odcinków? Czy miasto rozwiąże problemy komunikacyjne na czas imprezy? Czy wybuduje drugą linię metra? Te pytania pozostają bez odpowiedzi, bo na obietnicach włodarzy nie można polegać. Trzeba cierpliwie czekać i wierzyć. Miasto zaś, mimo że rozproszone i trochę chaotyczne przestrzennie, może zapewnić kibicom sporo rozrywki i atrakcji turystycznych. Baza hotelowa już w przyzwoitym stanie jeszcze się powiększy. Zaś skyline miasta, z licznymi drapaczami chmur, przedstawi Warszawę - a co za tym idzie - całą Polskę, jako nowoczesny i nieźle rozwijający się kraj.

Teraz czas na Gdańsk. Arena Bałtycka (lub też Baltic Arena) została zaprojektowana przez niemiecką pracownię Rhode Kellermann Wawrowsky. Stanie ona w gdańskiej dzielnicy Letnica i docelowo będzie mogła pomieścić 44 tys. kibiców. Budowa pochłonie blisko 650 mln zł.

Architektura obiektu nawiązuje swoją formą do bryły bursztynu. Podstawę konstrukcyjną stanowią tu stalowe dźwigary, tworzące zarówno strukturę dachu jak i fasadę stadionu. Poszczególne moduły szkieletu pokryte zostaną ułożonymi poziomo płytami, które wraz z wysokością mają być coraz bardziej przeźroczyste. W efekcie, za dnia elewacja stadionu będzie łączyła jego bryłę z niebem, a wieczorem rozświetlać ją blaskiem bursztynowego światła.

Lokalizacja stadionu, podobnie jak w stolicy, również wydaje się być dużym atutem. Znajduje się w ciekawym położeniu - w pobliżu morza, rzeki, portu, i ścisłego, zabytkowego centrum. Do lotniska jest dość daleko - 14 kilometrów, jadąc samochodem. Niemniej to nie stanowi problemu, bo dojazd jest raczej płynny. Miasto jest piękne, to przyzna każdy, kto je zwiedził. Stare miasto przy Motławie oraz niepowtarzalna nigdzie indziej w Polsce architektura zabytkowych kamienic nacieszą oko niejednego kibica. Poza tym, co chyba najistotniejsze, miasto posiada dostęp do morza, co daje pewnego rodzaju przewagę nad innymi miastami Euro 2012 (po odpadnięciu Odessy, jedyne miasto portowe), rozgrywanych o tej porze roku. Ponadto podnosi to jego rangę i atrakcyjność, ale również poszerza możliwości komunikacyjne. Z bazą hotelową nie powinno mieć problemów. Brakujące miejsca zawsze będzie można uzupełnić na statkach przycumowanych w obrębie zabytkowego centrum miasta.

Teraz czas na stolicę Wielkopolski. Poznański stadion powstanie w wyniku modernizacji Stadionu Miejskiego z 1980 roku. Autorem projektu przebudowy jest pracownia Modern Construction Systems. Docelowo obiekt będzie dysponował miejscem nawet dla 50 tys. widzów. Początkowo zakładano 46 tysięcy. Choć w tym przypadku nie jestem pewien ostatecznej pojemności, ponieważ różne źródła podają odmienne liczby. Niektóre źródła wciąż podają liczbę 42 tys (sic!). Przebudowa kosztować będzie przeszło 500 mln złotych.

Na tle innych polskich stadionów na Euro, architektura poznańskiej areny prezentuje się mniej imponująco. Jej bryła została ukształtowana przez wygięte wsporniki dachu, osadzone na żelbetowej konstrukcji trybun. Połać dachową ma stanowić biała membrana.

Wprawdzie samo miasto, pomimo że jest jednym z kilku najstarszych w Polsce, nie jest już tak atrakcyjne turystycznie jak Gdańsk czy Wrocław, niemniej dla ludzi z zewnątrz, którzy się po nim przejadą - tyle wystarczy - sprawi wrażenie miasta nowoczesnej Europy - i takim miastem właśnie jest Poznań. Liczne biurowce z nowoczesną architekturą na śródmieściach, do tego urokliwa starówka z trzecim rynkiem w Polsce sprawiają, że Poznań prezentuje się naprawdę imponująco. Tutaj kibice też nie powinni się nudzić. Ponadto w stolicy Wielkopolski mamy nieźle rozbudowaną bazę hotelową, głównie dzięki licznym targom biznesowym i imprezom sportowym oraz przyzwoicie rozwiązaną komunikację miejską. Lokalizacja stadionu jest dodatkowym plusem miasta jako organizatora imprezy, czego dowodem jest niewielka odległość do lotniska - niecałe 5 kilometrów, jadąc samochodem, co czasowo daje nie więcej jak kwadrans na przejazd oraz niewielka odległość do starego miasta - również około 5 kilometrów trasy. Stadion znajduje się mniej więcej w połowie drogi z lotniska do ścisłego, zabytkowego centrum.

No i stolica Dolnego Śląska wreszcie. Wrocławski stadion-lampion został zaprojektowany przez pracownię JSK Architekci (ta sama grupa pracuje nad stadionem narodowym). Stanie on we wrocławskich Maślicach i będzie wstanie pomieścić 44 tys. widzów. Stadion może kosztować nawet 750 mln złotych. Stadion we Wrocławiu będzie droższy od gdańskiego o mniej więcej 100 mln złotych. Dlaczego, nie wiem...

Bryła areny swoją formą będzie nie tylko przypominać wyglądem chiński lampion, ale też spełniać podobne do niego funkcje. Do stalowych pierścieni, okalających żelbetowe trybuny, przyczepiona zostanie półprzeźroczysta siatka z włókna szklanego. Oświetlony obiekt będzie mógł zmieniać kolor w zależności od charakteru odbywającej się imprezy (np. na biało-czerwony gdy będą grać Nasi).

Wrocław jest atrakcyjnym miastem, który łączy w sobie nowoczesność oraz liczne zabytki i ciekawe miejsca - a te, wliczając starówkę z przepięknym rynkiem, Ostrów Tumski czy też wyspy na Odrze i urokliwe mosty (jest ich tutaj już 118! W tym 28 kładek), stwarzają niepowtarzalny klimat. Każdy kibic z pewnością znajdzie tutaj coś interesującego i będzie mógł się dobrze zabawić. Lokalizacja stadionu nie jest takim atutem jak w Warszawie, ale też nie stanowi problemu. Z rynku mamy 8 kilometrów, co daje niecały kwadrans, jadąc. Zaś droga ze stadionu do starego miasta opiera się na linii prostej. Dodać należy, że stadion będzie bezpośrednio graniczył z budowaną autostradową obwodnicą miasta i dużym węzłem komunikacyjnym. Ciekawym rozwiązaniem może być wykorzystanie sieci rzecznej do transportu kibiców, jako dodatkowej atrakcji (nie z przymusu, bo do stadionu i tak będziemy mogli dojechać szybkim tramwajem). W tym przypadku możliwe byłoby użycie tramwajów wodnych - a te miasto i tak planuje uruchomić jako element komunikacji miejskiej - do bezpośredniego połączenia centralnych obszarów miasta ze stadionem. Poza tym odległość z lotniska do stadionu to nieco ponad 6 kilometrów - do przejechania w jakieś 15 minut. Wrocław największy problem ze wszystkich miast Euro 2012 miał z lotniskiem, ale na szczęście podpisano już umowę na rozbudowę. Pozostaje jeszcze problem z głównym dworcem - piękny, zabytkowy, z potencjałem, ale wymaga remontu - projekt jest gotowy, ale czy znajdą się pieniądze na jego pełną realizację, nie ma pewności. Tymczasem baza hotelowa, już nieźle rozbudowana, stale się powiększa.

Po krótkiej analizie poszczególnych miast warto jeszcze zwrócić uwagę na przyszłość stadionów po zakończeniu ME. Wszak z samych koncertów się nie utrzymają. Warszawa będzie miała stadion narodowy, a to się rządzi swoimi prawami. Nie będzie zagrożenia. Tam przede wszystkim swoje mecze będzie rozgrywać reprezentacja Polski. Poznań również nie będzie miał problemów. Lech Poznań przyciąga tylu kibiców, że z pewnością go zapełnią. Na stadionie we Wrocławiu z kolei swoje mecze będzie rozgrywał Śląsk. Biorąc pod uwagę, że klub się rozwija w dobrym kierunku (przejęcie przez najbogatszego Polaka) oraz fakt, że w pobliżu stadionu powstanie olbrzymia galeria handlowa, z której całkowity dochód zostanie przeznaczony na klub i utrzymanie stadionu (po spłacie kredytów), z zapełnieniem stadionu nie powinno być chyba problemu. Dodając do tych trzech stadionów możliwość organizacji koncertów, imprez i konferencji biznesowych (zaplecze do ich organizacji będą miały zapewnione), ich przyszłość nie jest zagrożona. Gorzej sytuacja ma się w Gdańsku. Jeżeli będzie na nim swoje mecze rozgrywać gdańska Lechia, a tak się zapewne stanie, która obecnie broni się przed spadkiem z Ekstraklasy, to można mieć poważne obawy dotyczące frekwencji na stadionie. Jeżeli Bałtycka Arena miałaby być zapełniana w połowie, to mijałoby się to z celem. Dodatkowo dochodzi niesprzyjająca lokalizacja Gdańska. W sferze organizacji koncertów czy imprez sportowych Trójmiasto przegrywa z Warszawą czy choćby wspomnianym na początku Górnym Śląskiem. Jedyną nadzieją dla Gdańska jest pozyskanie dla klubu solidnego sponsora, który zbuduje silny klub, a co za tym idzie, przyciągnie kolejnych kibiców, którzy zapełnią wyjątkową arenę nad Bałtykiem. Oby tak się stało.

Celowo skupiłem się tylko na miastach, które zorganizują zawody. Te, mając wysokie budżety, i będąc dobrze zarządzane, na pewno sobie poradzą. Oczywiście mają też swoje problemy, szczególnie dotyczące komunikacji miejskiej - mordercze korki w godzinach szczytu, ale trzeba wierzyć, że częściowo je rozwiążą, choćby budując obwodnice, nowe mosty oraz kończąc rozpoczęte remonty ulic. Nie pisałem zaś o drogach łączących te cztery miasta czy kolei państwowych, bo to są już elementy, których rozwój zależy od decyzji rządzącyh, a na nich, jak wiadomo, trudno jest polegać. Nie pisałem też zresztą, bo tutaj trudno jest cokolwiek przewidzieć i tak naprawdę, myśląc o tym więcej niż to niezbędne, trudno się nie zdenerwować. Pożyjemy, zobaczymy, a potem zobaczymy i obyśmy przeżyli...

Źródła: Bryła, Zumi

09:46, moreau , Inne
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 maja 2009
Cichy bohater

Powoli zbliża się dwudziesta rocznica wydarzeń na Anfield, kiedy to Arsenal w niesamowicie dramatycznych okolicznościach wywalczył mistrzostwo Anglii. Kiedy kilka dni temu United cieszyli się z mistrzostwa, by poprawić sobie humor, odpaliłem dvd, wygodnie rozłożyłem się na kanapie i cofnąłem się w czasie do roku 1989.

Sezon 88/89 to była prawdziwa huśtawka nastrojów. Zaczęło się świetnie, a co ważne, nasz najgroźniejszy rywal, obrońca tytułu, Liverpool tracił punkt za punktem. Nowy Rok przywitaliśmy co prawda na drugim miejscu, ale ze sporą przewagą nad The Reds, ustępując Norwich tylko różnicą goli.

Tak wyglądała tabela na dzień 2 I 1989 przed meczem z Tottenhamem:

1) Norwich - 19 meczy - 37 pkt

2) Arsenal - 18 meczy - 37 pkt

2)  Liverpool - 19 meczy - 28 pkt

W styczniu niespodziewanie odpadliśmy z West Ham w Fa Cup, ale w lidze zostaliśmy liderem, utrzymując przewagę nad Liverpoolem i dystansując Norwich. Wydaje się, że droga do tytułu stoi otworem i, że w końcu po 18 latach, będzie można cieszyć się z mistrzostwa. Niestety stosunkowo szybko roztrwoniliśmy przewagę a Liverpool złapał drugi oddech i wygrywał mecz za meczem. Na początku kwietnia mieliśmy już tylko 2 pkt. przewagi:

1) Arsenal - 30 meczy - bramki 58-31 (+27) - 59 pkt

2) Liverpool - 30 meczy - bramki 48-22 (+26) - 57 pkt

Niestety 2 kwietnia remis z United 1:1 i wyrównanie tabeli.

Przed meczem z Derby 13.05 sytuacja znowu wygląda nieco bardziej komfortowo:

1) Arsenal - 35 meczy - bramki 68-32 (+36) - 72 pkt

2) Liverpool - 34 mecze - bramki 56-24 (+26) - 67 pkt

Do rozegrania zostały 3 mecze: z Derby i Wimbledonem u siebie i wyjazd na Anfield. Wystarczyło wygrać dwa spotkania u siebie, a przy potknięciu Liverpoolu, byłoby pozamiatane. Nic z tego, Dean Sounders z Derby do spółki z Peterem Shiltonem wygrali na Highbury 2:1. Cztery dni później nie udało się pokonać także Wimbledonu (2:2) i z nieba trafiliśmy do piekła. Liverpool wygrał swoje zaległe spotkanie 5:1 i przed meczem na Anfield sytuacja nie wyglądała różowo. Byłem załamany.

1) Liverpool - 36 meczy - bramki 65-26 (+39) - 76 pkt

2) Arsenal - 36 meczy - bramki 71-36 (+35) - 73 pkt

Sytuacja była prosta - musieliśmy wygrać 2:0.

Mecz dla telewizji ITV komentował Brian Moore, to właśnie on jest autorem słynnego komentarza:

And Arsenal come streaming forward In what will surely be their last attack. A good ball by Dixon, finding Smith, to Thomas, charging through the midfield. IT'S UP FOR GRABS NOW…

Można słuchać i patrzeć bez końca.

Mimo że nazwisko „Thomas” było na ustach wszystkich, ten mecz miał wielu bohaterów w tym jednego, o którym nikt praktycznie już nie pamięta. W 52 minucie faulowany jest Rocky, sędzia nakazuje rzut wolny pośredni. Winterburn dośrodkowuje w pole karne, gdzie do piłki dopada Smith i strzela głową na 1:0. Radość ogromna i zarazem konsternacja, bo do sędziego dobiegają  gracze Liverpoolu i domagają się nieuznania bramki. Tu wkracza na scenę ”mój” bohater. Sędzia liniowy GEOFF BANWELL. To z nim Hutchinson (arbiter główny) konsultował decyzję o uznaniu bramki, to on powiedział:

THE WAS NO OFFSIDE AND I’D CLEARY SEE ALAN SMITH GETTING A TOUCH ON THE BALL. THE GOAL WAS GOOD.

Niby zrobił to, co powinien, po prostu powiedział prawdę, nic nadzwyczajnego, ale patrząc na panów pokroju Howarda Webba jest to postawa godna tego, by chociaż wspomnieć o nim na blogu.

Mogę sobie tylko wyobrazić, co czuli kibice oglądający ten mecz na żywo. Czekanie na to czy sędzia uzna bramkę, czy też nie, musiało być straszne. Podejrzewam, że dla niektórych była to najdłuższa minuta w życiu. Ja po raz pierwszy obejrzałem ten mecz kilka lat po tych wydarzeniach, kiedy emocje dawno już opadły, ale i tak ciarki przeszły mi po plecach jak patrzyłem na ich naradę.

Historia ponoć lubi się powtarzać i chyba coś w tym jest. Kończący się sezon zapamiętamy głównie z jednego powodu: niesamowitego meczu na Anfield i 4 bramek Arshavina. Ten mecz pozbawił definitywnie Liverpool szans na mistrza, podobnie jak wtedy. Jutro nasze młodziki pod wodzą Boulda, uczestnika tamtych wydarzeń, na Anfield zdobędą FA Youth Cup (zwycięstwo 4:1 w pierwszym meczu to ogromna zaliczka), jutro do boju prowadzić ich będzie Jay Emanuel THOMAS, jutro będzie 26 maja…  

20:30, highbury1913 , Inne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 kwietnia 2009
Dom Futbolu

Highbury był dla mnie i zapewne przytłaczającej większości kibiców Arsenalu tym jednym z najważniejszych miejsc pod słońcem - świątynią, teatrem, domem. To tutaj Arsenal rozegrał ponad 2000 spotkań i strzelił 4000 bramek. Większość z nas, myśląc o swoim miejscu zamieszkania - czy to w ciasnej kawalerce, w starej kamienicy, bloku z wielkiej płyty, czy też wreszcie domku jednorodzinnym na zadupiu - ma mieszane uczucia, ale chyba zgodnie stwierdzi, że wszędzie dobrze, ale jednak w domu najlepiej. Jak tymczasem oreślić słowami możliwość zamieszkania na stadionie Highbury, w apartamencie mieszczącym się w trybunie East Stand?

Większość z Was wie, co się stało ze stadionem Highbury po przeprowadzce Arsenalu do pobliskiego Ashburton Grove. Dzisiaj postanowiłem przypomnieć tę jakże bliską nam inwestycję. Mnie bliską szczególnie, bowiem będąc studentem architektury, uważam ją za jedną z najlepszych rewitalizacji w historii. Podkreślając w tym miejscu, że projekt przebudowy Highbury został wpisany w koncepcję rewitalizacji obszaru dzielnicy Kings Cross, do której należy także m.in. Emirates Stadium i renowacja St Pancras Station.

Jak to się wszystko zaczęło? Arsenal pierwotnie grał w południowym Londynie. W 1913 rozpoczęła się przeprowadzka na Highbury. Klub wydzierżawił od St. John's College of Divinity nowy teren za 20 tys. funtów na 21 lat pod dodatkowymi warunkami - mecze nie mogły być rozgrywane w Wielki Piątek i Wigilię Bożego Narodzenia. Te ograniczenia zniesiono dopiero w 1925 roku, po ostatecznym wykupieniu gruntów za kwotę 64 tys. funtów. Budowa rozpoczęła się w 1914 roku. Wybudowanie trybuny i bram wejściowych kosztowało 80 tys. funtów - klub był jednak w tak fatalnej kondycji, że nie mógł zapłacić za roboty i dopuścił wykonawcę do udziału w zyskach ze sprzedaży biletów.

W 1932 roku powstała West Stand, czyli zachodnia trybuna. Kosztowała 45 tys. funtów, a jej otwarcie 10 grudnia uświetnił następca tronu, Książę Walii. Pierwszy raz na trybunę wpuszczono kibiców dwa dni później, podczas meczu przeciwko Chelsea, wygranym - a jakże - przez Arsenal 1:0. Była to wówczas największa konstrukcja w całej lidze angielskiej, w krórej mogło pomieścić się ponad 24 tys. widzów, w tym 4100 na miejscach siedzących na wyższym poziomie, do których dojeżdżała, uwaga, winda. To musiało robić wrażenie.

Cztery lata później naprzeciwko zachodniej powstała wschodnia trybuna, czyli East Stand. Miała pierwotnie kosztować tyle samo, co jej siostra bliźniaczka, jednak jej całkowity koszt zamknął się aż w 130 tys. funtów. Jednym z głównych powodów był fakt, że zewnętrzna fasada nie jest przysłonięta domami, toteż zaprojektowano ją o wiele bardziej reprezentacyjnie, za co chwała architektom. Obie trybuny słyną w świecie jako doskonałe przykłady stylu art deco w architekturze. Kibice po raz pierwszy weszli na wschodnią trybunę w meczu przeciwko Grimsby, zremisowanym 0:0.

Podczas II wojny światowej stadion został zarekwirowany przez obronę przeciwlotniczą, a za południową trybuną (Clock End) umiejscowiono balon zaporowy. Na płycie rozgrywali swoje mecze żołnierze, czasem nawet po dwa-trzy spotkania dziennie. Podczas bombardowań Londynu na północną trybunę (North Bank) spadła niemiecka bomba. W tym czasie, co bardzo ciekawe, Arsenal rozgrywał swoje mecze na White Hart Lane, korzystając z uprzejmości lokalnego rywala - Tottenhamu...

Teraz kilka słów o dzielnicy, w której znajduje się stadion. Highbury jest typową dzielnicą Islington. Z jednej strony znajdziemy tam piękne domy z XIX wieku, z dużymi ogrodami i pobliskim parkiem. Z drugiej strony zniszczenia wojenne i późniejsze zaniedbania stworzyły miejsca, gdzie nowi właściciele postawili domy z jedną myślą - postawić jak najwięcej mieszkań, a więc zdarzają się zarówno domy komunalne, jak i wielopiętrowe kamienice. Ponadto duże wiktoriańskie domy zostały podzielone na mieszkania, które nie zawsze spełniają dzisiejsze standardy - małe okna, brak kuchni, wciśnięte łazienki. Analogiczna sytuacja miała miejsce po wojnie w niektórych dzielnicach Wrocławia, jednak inny system polityczny, a co za tym idzie, inny sposób budowania, sprawił, że Polskę nawiedziła wielka płyta.

Tymczasem powróćmy do projektu Highbury Square. Przez ponad dwa lata szefostwo klubu poszukiwało koncepcji na wykorzystanie starej areny. Z jednej strony, perełki stylu art deco i sybolu Kanonierów nie można było od tak po prostu sprzedać lub zburzyć. Z drugiej zaś, utrzymanie dwóch wielkich obiektów szybko opróżniło by klubową kasę. W końcu wymyślili najlepiej, jak mogli.

Pracownia architektoniczna Allies and Morrison zamieniła stadion w luksusowy apartamentowiec. Obiekt powstał w oparciu o zachowanie i adaptację istniejących, zabytkowych trybun East Stand i West Stand oraz płyty boiska znajdującej się między nimi. Zaś trybuny North Bank i Clock End zostały wyburzone, a na ich miejscu wzniesiono nowe budynki. Zgodnie z tradycją, są one jednak na szczycie hierarchii stadionu na Highbury i każda z nich posiada m.in. własny dziedziniec.

Ponadto w miejscu, gdzie nie tak dawno znajdowała się murawa, ulokowany zostanie publiczny park. Projekt autorstwa Christophera Bradleya-Hole przewiduje między innymi wytyczenie ścieżek zgodnie z liniami boiska piłkarskiego. Wejście do niego ma stanowić zachowany tunel, którym zawodnicy wybiegali na murawę.

Kompleks ma mieścić 724 luksusowych apartamentów i penthouseów, posiadających jedną, dwie lub trzy sypialnie. Prócz 24-godzinnej pomocy ze strony concierge, mieszkańcy do dyspozycji będą mieć centrum fitness i basen (szkoda tylko, że zabraknie... boiska dla dzieci).

Pierwsze mieszkania zostały już oddane do użytku, natomiast cała inwestycja ma być zakończona latem 2010. Znamienne, że mimo trudnych czasów dla angielskiej branży budowlanej, już ponad 90 procent mieszkań znalazło swoich szczęśliwych nabywców. Pomimo cen mieszkań, które oferowane są za 250 tys. do nawet 1,5 miliona funtów.

Na ukoronowanie całej inwestycji nie trzeba było długo czekać. Projekt Highbury Square został doceniony nagrodą specjalną jury w tegorocznym plebiscycie MIPIM - The world's property market, które w branży uznawane są jako "Oskary nieruchomości". W tym roku konkurs odbył się w Cannes. Zespół złożony z najlepszych ekspertów z dziedziny nieruchomości oraz architektów nagrodził pracownię za sposób, w jaki udało im się zachować charakter miejsca i wkomponować nową architekturę w starszą zabudowę. Decydującym elementem było również ożywienie okolicy.

Pozostałe wizualizajce: 01, 02, 03, 04, 05.

Tutaj można zobaczyć najnowsze zdjęcia mieszkań, natomiast więcej na temat inwestycji można dowiedzieć się na oficjalnej stronie The Stadium Highbury Square.

Na koniec jeszcze taka ciekawostka: mamy polski akcent w przebudowie Highbury - polski inżynier z Gliwic, Bartosz Nowicki był odpowiedzialny za kompleksową obsługę inwestycji: projektowanie zbrojenia, kontrolowanie dostaw, asystowanie i pomoc wykonawcom na placu budowy.

Kaski i czapki z głów - przed obrotnym Polakiem i wspaniałą areną, domem futbolu, Highbury. 

Źródła: wikipedia, bryła.pl.