|
Archiwum
Zakładki:
Gunners.com.pl
Linki
Pozostałe linki
![]() ![]() |
niedziela, 08 listopada 2009
EPL: Wolves 1-4 Arsenal. Chwała Wilkom
Kiedy zobaczyłem nasz końcowy wynik (meczu nie miałem okazji oglądać), pomyślałem sobie, że czeka mnie miła i relaksująca powtórka z rozrywki. Już wczorajszego wieczoru planowałem, jak rozegrać dzisiejszy ranek, by oglądając ten mecz, delektować się kolejnym wysokim zwycięstwem. Najwyraźniej podświadomie sięgnąłem do internetu po krótką relację ze spotkania. Bardziej, by dowiedzieć się, w jaki sposób strzelaliśmy gole. Widząc w opisie meczu wytłuszczenie "og" przy dwóch pierwszych golach, nieco się zastanowiłem. Kiedy wyczytałem, że przez pierwsze pół godziny mieliśmy poważne problemy, zdziwiłem się jeszcze bardziej. Obejrzałem więc mecz z tym większym zainteresowaniem, niż planowałem. Pierwsze moje wrażenie? Wielkie słowa uznania dla całej drużyny Wolverhamptonu. Dodatkowe słowa podziwu dla trenera Micka McCarthy'ego, który otwarcie wypowiadał się przed meczem, że zamierza walczyć z Kanonierami jak równy z równym. W trakcie spotkania, od pierwszych minut sugestywnie wskazywał swoim graczom, by odważniej przesuwali się w kierunku bramki Almunii. Nagradzał drużynę oklaskami po większości zagrań i nawet po straconej pechowo bramce, podnosił zespół na duchu. Zastanawiam się czy Wolves prezentują podobną postawę na murawie we wszystkich swoich meczach. Jeśli tak jest faktycznie, tłumaczyłoby to ich świetne wyniki w ostatnich meczach i urwane punkty zespołom Aston Villi, Evertonowi czy zwycięstwo nad Fulham. Chyba nikt z kibiców Kanonierów nie może powiedzieć, że przez pierwsze 30 minut siedział spokojnie, oglądając to spotkanie. Tak jak wiele osób przewidywało, mieliśmy problemy przy stałych fragmentach gry. Przy stanie 0:0 gracze Wilków dwukrotnie znaleźli się w doskonałej sytuacji do strzelenia gola. Po rzucie rożnym Sylvan Ebanks-Blake wyprzedził Ramsey'a i strzałem głową próbował zmieścić piłkę tuż przy słupku. Chybił niewiele. W jeszcze lepszej sytuacji znalazł się Berra, który po centrze z rzutu wolnego, niekryty znalazł się najbliżej bramki Almunii. Źle jednak wymierzył swój nabieg i nie zdołał skierować piłki w światło bramki. Były to wyraźne sygnały, że jesteśmy w opałach. Na szczęście pierwszego gola zdobył Arsenal (dość szczęśliwie zresztą). Spory udział przy bramce miał Zubar, który najpierw faulował przy narożniku pola karnego, a w niecałą minutę później (pośrednio w efekcie tego faulu), po dośrodkowaniu Fabregasa z rzutu rożnego wpakował futbolówkę do własnej bramki. Bramkarz Wolverhamptonu z całą pewnością pomógł mu w tej interwencji. Od tej chwili nasza gra zaczęła wyglądać lepiej. Akcje zaczęły się zawiązywać. Nie musieliśmy czekać długo, kiedy wyprowadziliśmy kontrę, w której Ramsey i Eduardo wybiegli przeciw jednemu obrońcy gospodarzy. Walijczyk podał do Eduardo, a ten (moim zdaniem) chciał zagrać ponad graczem Wolves do Aarona. Craddock przeciął to podanie głową, co zaowocowało kolejnym samobójczym golem. Tuż przed przerwą wyprowadziliśmy kolejną szybką kontrę. Trójka naszych zawodników: Cesc, Sagna i van Persie rozmontowali defensywę i prowadziliśmy wtedy już 3:0 (po podaniu od naszego prawego obrońcy, Robin zagrał cudowną, niemal stojącą piłkę do naszego kapitana, co miało kluczowe znaczenie dla powodzenia akcji). Po przerwie skala okazji bramkowych po naszej stronie gwałtownie wzrosła. Praktycznie każdy z naszych ofensywnych graczy miął okazję na dopisanie bramki na swoje konto. Udało się to Arszawinowi, po kornerze i wybiciu piłki przez bramkarza. Rosjanin dopadł do futbolówki jako pierwszy i uderzeniem z pierwszej piłki zdobył swojego 5. gola w sezonie. W 89. minucie zespół McCarthy'ego wywalczył rzut rożny. Vermaelen zgubił krycie, dzięki czemu niepilnowany Craddock mógł się zrewanżować za poprzednią pechowo straconą bramkę. Mecz (szczególnie w pierwszej połowie) z całą pewnością był bardziej wyrównany, niż się tego spodziewaliśmy. Do 89. minuty jednym z najlepszych graczy w naszej drużynie był Vermaelen. W ciągu pierwszych 30 minut „popisał się” bodaj jednym błędem (gdy wraz z Gallasem nie upilnowali Berra). Niestety w sytuacji ze straconym golem, zgubił swojego zawodnika. Zastanawiam się, czemu w zaistniałej sytuacji nie próbował mimo wszystko „wyskoczyć” do piłki, a zwyczajnie schylił się, robiąc miejsce zmierzającej do bramki futbolówce. Ta zagadka zapewne pozostanie nierozwiązaną. Wenger postanowił wczoraj zluzować nieco Songa. Zaczęliśmy więc w środku z Fabregasem, Diabym i Ramsey'em. Nie oceniając pojedynczych graczy, napiszę tylko tyle: kontuzja Diaby'ego i jego zejście z boiska, zmusiło Wengera do wprowadzenia Songa na murawę. I całe szczęście, bo Alex szybko opanował sytuację w środku pola, co bezpośrednio przełożyło się na naszą grę. Z tak zabezpieczonymi tyłami mogliśmy wreszcie odważniej ruszać do przodu. Tak ważnym jest dziś on dla nas graczem... I tylko pogdybać sobie można, jak wyglądałoby to pierwsze pół godziny, gdybyśmy mieli na boisku właśnie Songa. Czy Wolves wtedy także wyglądaliby tak groźnie? Arsene Wenger musi czuć się usatysfakcjonowany rezultatem spotkania. Przed meczem mówił, że niezależnie od wyniku, będzie zadowolony z 3 punktów. Cel został osiągnięty. Przynajmniej do dzisiejszego meczu na szczycie zajmujemy drugą pozycję w ligowej tabeli. Zapytany o naszą obronę i kolejną straconą bramkę w końcówce meczu, AW odpowedział: “We have a style where everyone goes forward. You cannot have everything in football, but I believe we have a good balance between offense and defence, and as long as we score as many goals as we do, we can accept that.” Tak, jestem w stanie się zgodzić z tymi słowami. Ja także jestem gotów tolerować stracone pojedyncze gole przy prowadzeniu 4:0. Przykładem niech będzie sytuacja z ostatniego meczu przeciw AZ Alkmaar. Popędziliśmy pod pole karne, by strzelić kolejną bramkę. Niestety nadzialiśmy się na kontrę – bywa. Takie ryzyko. Wczoraj miała miejsce nieco inna sytuacja. Broniliśmy się we własny polu karnym, mając do wykorzystania wszystkich defensywnych zawodników. Była to inna sytuacja, niż ta z meczu z AZ. Zwyczajnie zawinił indywidualny błąd Thomasa (który cały mecz może zaliczyć do udanych). Nijak moim zdaniem ma się to do naszego ofensywnego stylu gry. Wczoraj znów dała znać o sobie formacja ofensywna, która szczególnie po przerwie wyglądała jak dobrze naoliwiona maszyna. Fabregas zdobył bramkę w kolejnym meczu. Van Persie także zagrał świetne zawody, tym razem wypełniając bardziej zadania dostarczyciela piłki i asystenta niż egzekutora. Eduardo w kolejnym meczu nie wpisał się na listę strzelców, mimo tego, iż miał okazje do zdobycia bramki. Myślę, że podobnie jak Robin z początku sezonu, potrzebuje jedynie tego pierwszego trafienia, by rozwiązać worek goli. Teraz czeka nas przerwa na mecze reprezentacji. Następny mecz rozegramy dopiero za dwa tygodnie. Dziś dowiemy się, na którym miejscu w tabeli zasiądzie Arsenal na czas 14 dni. Osobiście życzyłbym sobie wyniku remisowego i chwilowego oddania Man Utd pozycji wicelidera. Jeśli chcemy grać o tytuł, musimy pokonać obie rywalizujące dziś drużyny. Z punktu widzenia Kanoniera każdy inny wynik, niż zwycięstwo Chelsea będzie nam na rękę.
sobota, 07 listopada 2009
Przed meczem EPL: Wolverhampton - Arsenal
Sobotni poranek. Pomimo świetnego ostatniego tygodnia i niemałej ekscytacji związanej z naszym dzisiejszym spotkaniem z Wolves, mam mieszane uczucia. Powodem tego stanu jest to, że nie będę mógł obejrzeć dziś meczu Kanonierów na żywo. Sprawy zawodowe (że się tak wyrażę) skutecznie mi to uniemożliwiają. Postaram się jednak nadrobić zaległości przed jutrzejszym południem. Myślę, że nastawienie wszystkich do tego meczu jest raczej pozytywne. Ja mam w pamięci wyjazdową potyczkę z West Hamem, który przed meczem z nami wydawał się być zespołem bez większych szans. Nie czas znów analizować tamte wydarzenia, ale faktem jest, że wyrwali nam z ręki 2 pewne punkty. Tamto spotkanie wciąż skutecznie działa jeszcze na moją wyobraźnię i mimo wszystko, nie jestem pewny naszego dzisiejszego wysokiego zwycięstwa. Zastanawiam się też, jak przed takim spotkaniem czują się nasi piłkarze. Zwycięstwo sprzed tygodnia nad Tottenhamem było szaleństwem. Kibice nie oszczędzali się w wyrażaniu swojej radości. O ile niektórzy próbowali tą wygraną zrzucić na barki słabej defensywy Kogutów, o tyle kolejny mecz upewnił wszystkich w tym, że to nie obrona rywali, ale dobra gra Arsenalu stoi za naszymi zwycięstwami. Środowe spotkanie na Emirates można porównać do weekendowej balangi. W środku tygodnia zgotowaliśmy sobie ucztę, czystą imprezę, która miała być (i była) radosnym świętowaniem tego, co wydarzyło się kilka dni wcześniej. Oglądaliśmy więc zagrania niesamowite, błyskotliwe, a czasem wręcz ośmieszające naszych gości. Świetnie bawili się nasi fani, a nie mniej dobrze nasi zawodnicy. Od tamtego czasu komplementy i wyrazy uznania dla naszej drużyny płyną ze wszystkich stron – tak udana to była impreza. Zastanawia mnie więc, jak zespół odbiera dzisiejszy wyjazd do Wolverhampton. Skok prestiżu jest wyraźny. Przed trzema dniami grali na nowoczesnym stadionie, przy 60 tys. ludzi o 3. punkty w Lidze Mistrzów. Dzisiaj jadą do beniaminka, który grając o przetrwanie w Premier League, w bitwach o punkty stosuje metody walki bardziej znane z Championship niż te z Champions League. Nie chcę pisać, że dzisiejsze punkty są dla nas ważniejsze, od tych zdobytych na AZ Alkmaar. Niesamowitym rozczarowaniem byłoby ich zgubienie w momencie, gdy Chelsea na własnym stadionie będzie walczyć z Man Utd. Wenger, jak i cały zespół ma chyba jednak świadomość, że mecze przed własną widownią są nieporównywalne z tymi wyjazdowymi. W tegorocznych rozgrywkach ligowych, grając na wyjazdach 5 razy, odnieśliśmy rapem dwa zwycięstwa (na inaugurację ligi z Evertonem i z Fulham po niesamowitym występie Mannone). W pozostałych wyjazdowych meczach przegraliśmy z Man Utd i Man City oraz zremisowaliśmy 2:2 z West Ham. Wydaje mi się, że prócz powyższych statystyk, nie potrzebujemy większej motywacji do tego spotkania. Po prostu musimy zacząć wygrywać na wyjazdach, bo inaczej cały efekt domowych zwycięstw pójdzie na marne. Nasz dzisiejszy przeciwnik, pomimo zajmowania trzeciego miejsca od dna tabeli, może poszczycić się w ostatnich grach kilkoma ciekawymi wynikami. Od trzech tygodni notują kolejne remisy. Najpierw na wyjeździe wywalczyli punkt z Evertonem, następnie na własnym stadionie zagrali na 1:1 z Aston Villą i w meczu sprzed tygodnia, przeciw Stoke, udało im się wyciągnąć z 0:2 na 2:2. We wrześniu ograli u siebie 2:1 Fulham. Patrząc na warunki fizyczne ich bloku defensywnego, możemy spodziewać się ich przewagi w stałych fragmentach gry. Wysocy defensorzy mogą sprawiać nam niemało problemu przy rzutach wolnych i rożnych. Mając w pamięci błędy, jakie popełnialiśmy w tym elemencie w meczach z Blackburn czy AZ Alkmaar, powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na obronę przed wysokimi piłkami. Spodziewam się, że Mick McCarthy ustawi swój zespół nieco defensywnie, by nie wdawać się na wymianę ciosów z Arsenalem. Wiele osób zwraca uwagę na postawę Kevina Doyle'a, który jest ważnym graczem Wolves. Kibice liczą też, że powracający po urazie Sylvan Ebanks-Blake da się we znaki naszym defensorom. Jak my możemy zagrać? Najlepiej zagrać „swoją piłkę”. Myślę, że przy szybkich podaniach, zwrotności naszych graczy, mądrym przemieszczaniu się zawodników, jesteśmy w stanie stworzyć sobie wiele dogodnych sytuacji bramkowych. Przy wysokich obrońcach, nasza gra po ziemi może być jeszcze bardziej efektywna. Wczoraj na Arsenal TV Online jeden z gości, Steward Robson zaproponował taką wyjściową jedenastkę: ![]() Wydaje się być ciekawym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę, że Bendtner jest kontuzjowany. Przyznaję szczerze, że nie widziałem jeszcze występu Wolves w tym sezonie, więc trudno mi powiedzieć jak mogą zareagować na (ewentualną) straconą bramkę. Podejrzewam, że gdyby udało nam się strzelić gola jako pierwszym, taktyka rywala nie musiałaby ulec diametralnej zmianie. Myślę, że głównym celem graczy McCarthy'ego będą stałe fragmenty gry. Wdając się z nami w otwartą walkę, znaleźliby się w trudnym położeniu. Skupienie, cierpliwość i walka powinny być dziś naszymi partnerami w grze. Jesteśmy faworytami. Każdy inny wynik niż nasze zwycięstwo będzie rozczarowaniem, a dla niektórych sensacją. Jestem bardzo ciekawy jak nasz zespół poradzi sobie z tą sytuacją. Dobra gra i korzystny wynik dałoby mi kolejny argument do twierdzenia, że jesteśmy zespołem, z którym należy się bardzo poważnie liczyć w tym sezonie.
piątek, 06 listopada 2009
Cesc, Vermaelen, AW: Czas na kolejny mecz
Po takim meczu jak środowy z AZ Alkmaar, po grze, która momentami zapierała dech w piersiach, w momencie gdy wszyscy wokół ochają i cmokają z zadowolenia, kiedy nasz kapitan strzela w kolejnym meczu dwie świetne bramki... widzimy wypowiedź tego 22-latka, który z całą pewnością jest zadowolony z gry zespołu, zna jego siłę, a mimo to nie da się podpuścić dziennikarzowi na zachwyty i peany pod adresem Arsenalu. Przez dwie minuty rozmowy, jego twarz mówi głównie: tak to powinno wyglądać; ale jednym takim meczem nie wygrywa się tytułu. Napisze to wprost - ta krótka rozmowa podziałała na mnie niesamowicie budująco. Bowiem widzieliśmy w niej Fabregasa naturalnego, a nie wystylizowanego na potrzeby reklamy. To już nie były miłe dla ucha słowa "It's all about trohpies". To jest rzeczywistość. On jest tu i teraz i mówi nam po takim meczu, że nie liczy się nic innego jak końcowy sukces. Możemy spodziewać się, że nasz zespół wskakuje teraz mentalnie na inny, wyższy poziom. W ślad za kapitanem drużyny, z podobnymi ocenami podąża Thomas Vermaelen.
Lubię czytać wypowiedzi ludzi, którzy stąpają twardo po ziemi i wiedzą o czym mówią. Nasz obrońca dotknął, jak mi się wydaje, czułego ale i ważnego problemu. Jak to już powiedziało kilku znanych i cenionych ludzi na świecie „nie sztuką jest wygrywać mecz, gdy wszystko układa się po twojej myśli; sztuką jest wygrać, gdy wszystko sprzeciwia się wobec ciebie”. Patrząc więc na tyle obiektywnie, na ile potrafię, przyznaję, że w środę byliśmy lepszym zespołem od początku do końca. Zwycięstwo należało się nam bezdyskusyjnie. Widowiskowa momentami gra, także była miłą dla oka. Niemniej, należy teraz oczekiwać, że najbliższe spotkanie z Wolverhampton wcale nie musi być dla nas podobną, radosną przeprawą. Sam byłem wczoraj zdziwiony swoją stonowaną wypowiedzią dla znajomego, który na „dzień dobry” wypalił, że Arsenal z taką grą, ma niemal pewny finał. I co ja na to? No tylko tyle, że był to jeden dobry mecz, z przeciętną drużyną. (Po chwili przez gowe przemknęło mi - cholera, przecież skakałem wczoraj podekscytowany jak dzieciak). I tak chyba powinniśmy do tego podchodzić. Radość, zadowolenie, euforia, ale przed kolejnym spotkaniem musimy zdawać sobie sprawę, że dominacja nad poprzednim rywalem, w kolejnym meczu nie ma już znaczenia. Znów zaczynamy mecz przy stanie 0:0. Tym bardziej doceniam więc słowa Vermaelena, który tuż po meczu zdobył się na podobną wypowiedź. Ma rację, możemy pokonać każdego. Najtrudniejszym zadaniem jest zachować koncentrację i przeć do przodu, o zwycięstwo z każdym przeciwnikiem. To kwestia systematyczności, dyscypliny i chłodnego umysłu, skupionego na osiągnięciu celu – zwycięstwa. Idealnie koresponduje to z wypowiedzią Wengera na wczorajszej konferencji prasowej przez sobotnim meczem z Wolves. "I'm focused on us winning the [Wolves] game, after I take any result [at Stamford Bridge] To już nie jest to samo podejście AW, który przed meczami z zespołami notowanymi w dolnej części tabeli, wypowiadał się asekuracyjnie, jakby oddalając presję zdobycia trzech punktów. Dzisiaj zdaje się mówić: "tak, jesteśmy na 3. miejscu, walczymy o tytuł. Ponieważ grają ze sobą dwie pierwsze drużyny, my chcemy wygrać i odrobić tą stratę. To jest nasza okazja i my ją wykorzystamy". Ostatnie pytanie na tej konferencji dotyczyło wyniku meczu, jaki przewiduje AW. Francuz odpowiedział, że weźmie z zadowoleniem każdy, który da mu 3 punkty. Nasz manager został także zapytany o scharakteryzowanie i ocenę swoich dwóch najlepszych w ostatnim czasie zawodników: Fabregasa i van Persie'ego. Wenger nie ukrywa, że kapitan Arsenalu jest właśnie w swojej najwyższej formie. Cieszy go także fakt, że Cesc rozwinął się defensywnie i ofensywnie. Pamiętajmy, że ma dziś „ledwie” 22 lata, więc wciąż może być jeszcze lepszy. Myślę, że zmiana taktyki z zeszłorocznej na obecną także miała wielkie znaczenie dla Fabregasa. Skoro mówimy o nim jak o sercu tego zespołu, o graczu, który stanowi o sile tej drużyny, to grzechem byłoby nie wykorzystywać jego pełnego repertuaru. Mam wrażenie, że dopiero teraz, gdy Cesc ma szansę grać wyżej, bliżej bramki rywali, w pełni możemy czerpać z jego artyzmu. Widząc statystyki Robina van Persie w lidze, gdzie rozegrał w obecnym sezonie 10 spotkań i strzelił w nich 7 goli, nie sposób nie zapytać, czy nie jest dziś jednym z najlepszych napastników Premier league. Wenger odpowiadając na to pytanie, stwierdził, że dla niego Robin jest zwyczajnie najlepszy. "For me Robin is the best striker in the league at the moment, because he is a great link player, and that’s what I like first," said Wenger. Zawsze z małym niesmakiem odnosiłem się do porównywania i ocen zestawionych ze sobą piłkarzy, przy pomocy ocen, cyferek – szczególnie lubuje się w tym prasa. "Ten za strzał głową ma 7, a rywal 8. Lewa noga to 9, ale za to prawa już tylko 6". Potem dziennikarz sumuje punkty i z tryumfem ogłasza, że Torres wynikiem 89 pkt. wybrany został najlepszym napastnikiem ligi. Bliżej mi do boiskowej weryfikacji, niż wyliczeń z kalkulatora. Wenger z całą pewnością wie co mówi. Napastnik po części jest także tak dobry, jak dobrzy są jego koledzy z drużyny. Sztuką AW potwierdzaną od wielu lat, jest wyciąganie z zespołu i z każdego pojedynczego gracza maksimum umiejętności. Kiedyś wydawało się nam, że Arsenal bez Henry'ego straci swój cały impet. Tymczasem doczekaliśmy się od tamtego czasu kilku kolejnych świetnych napastników. Napastników, którzy jeśli nie dziś, to z całą pewnością w przyszłości mogliby konkurować o miano najlepszych w lidze. |